Lewa oficyna parter
„Lewa oficyna, parter. Otwiera gospodarz. „Ciotka Jagna" wręcza mu bukiecik kwiatków, ja chwytam w objęcia, całuję z dubeltówki i głośno składam życzenia imieninowe. Niezły teatr.
Niebawem moja opiekunka wychodzi, zostaję sam. Towarzystwo mieszane. Uważam na każde słowo. Jem jakieś skromne kanapki, udaję jednak abstynenta, tak jest bezpieczniej. Cicho gra patefon. Stare przedwojenne tanga i liryczne walce angielskie. Milutka sąsiadka proponuje spotkanie. Chciałaby dusza do raju — ale nie wolno. Robię elegancki unik i biorę jedynie numer telefonu, obiecując zadzwonić przy pierwszej nadarzającej się okazji. Oczywiście nie zadzwoniłem.
Za oknami już jasno. Minęła moja pierwsza noc w Warszawie. Wszyscy się rozeszli. Zadrzemałem. Ktoś mocno szarpie mnie za ramię. Czas wstawać. Przyszła „Jagna".
Tym razem podążamy spacerkiem na ulicę Marszałkowską, w rejon przedwojennego kina „Capitol". Opiekunka wzięła mnie pod ramię, tworzymy parę zajętą na pozór własnymi sprawami. Uśmiecham się, mówię coś, ale jednocześnie pilnie lustruję teren i mijanych po drodze ludzi, notując w pamięci wszelkie przejawy życia okupacyjnej ulicy.
Na Marszałkowskiej przykra niespodzianka. Przez całą szerokość jezdni sunie naprzeciw uzbrojony po zęby wieloosobowy patrol żandarmerii. „Ciotka Jagna" silnie przyciska się do mojego ramienia... Spokojnie, spokojnie! Nie odczuwam jednak zbytniej emocji. Bywałem już przecież w podobnych sytuacjach we Francji. Tylko tamci Niemcy byli jacyś inni, powiedziałbym, beztroscy. Tutaj zaś napięte twarze i zacięte usta.“(2)